Jiři David - Metastazy

Jiři David - Metastazy

W ramach Warsaw Gallery Weekend: 29.09-02.10.2022
Czas trwania wystawy: 29.09-15.10.2022
29.09-2.10 galeria czynna w godzinach 11:00-19:00

Metastazy sztuki

„Když hukot moře dráždí klitorisy bohyň” - Jiří David

Jiří David mógłby być bohaterem opowiadania Milana Kundery, grać u wczesnego Milosa Formana, albo przynajmniej załapać się na felieton Mariusza Szczygła. Ta zjawiskowa postać czeskiej sceny od kilku dekad regularnie pojawia się w Warszawie. Za każdym razem zaskakuje, a konsternacji publiczności towarzyszy pytanie, kim właściwie jest ten Czech? Przy okazji kolejnej wystawy w galerii Leguern można próbować zrozumieć i jakoś usytuować Davida odnosząc go do naszego pola sztuki współczesnej. Chcąc się zbliżyć do tożsamości wybitnego artysty musielibyśmy wziąć nieco sarkazmu Libery i krytycznego ferworu Górnej, dodać cierpką melancholię Dawickiego i kolektywną, a zarazem malarską pasję Potencji plus element skandaliczny, niepoprawny politycznie, wzięty od Sobczyka albo Sobczaka. David jest wrażliwym politycznie obserwatorem - ćwierć wieku temu tworzył fotograficzne portrety zapłakanych, żałujących własnych postępków osobistości w rodzaju Władimira Putina, Jana Pawła II, czy Gerharda Schrodera. David jest kontrowersyjnym skandalistą - regularnie pisze listy, manifesty, protestuje i organizuje środowisko przeciw niemrawym instytucjom, arogancji urzędniczej, czy polityce kulturalnej. David jest niepoprawnym oportunistą - walcząc z systemem i kwestionując nacjonalizm reprezentuje Czechy na Biennale w Wenecji, gdzie w niemal pustym pawilonie mierzy się z fundamentalnym cyklem Muchy. David jest lirycznym egzystencjalistą - pisze i wydaje wiersze, fotografuje swoją rodzinę, tworzy minimalistyczne obiekty i maluje ekspresjonistyczne obrazy. Wreszcie, David jest liberalnym ironistą - wszystko, co robi jest żartem, ale żartem na poważnie.

Najnowszy cykl obrazów oddaje chimeryczną naturę Jiříego Davida. Uwagę zwraca już tytuł serii, który w roboczej wersji brzmi Metastazy Boga. Metastazy brzmią wzniośle, ale tłumacząc łaciński termin na język potoczny, chodzi o raka. Tak, David lubi dotknąć tabu. W Polsce malarstwo kojarzy się z chodliwym, estetycznym, sprawiającym przyjemność towarem. Nie ma raka, bo to nie sztuka krytyczna. Malarstwo polskie to cieszący oko obiekt, który spełnia się jako dekoracja i - w najlepszym razie - może zilustrować jeszcze jakąś szczytną ideę. Tymczasem dla Davida wystawa nowego cyklu obrazów to okazja do przedstawienia diagnozy sztuki jako nowotworu, w dodatku złośliwego, z przerzutami.

Późna twórczość czeskiego enfant terrible nie jest dla wszystkich. Swoim zwyczajem, David balansuje między absurdalnie odmiennymi interpretacjami, frywolnie łącząc to, co pozornie nieprzystawalne. Za Sławojem Żiżkiem można by nazwać cykl „metastazami rozkoszy” i czytać psychoanalitycznie jako cykl o kobietach: niedosiężnych boginiach, archetypicznych matkach i upadłych dziwkach. David dosadnie mówi, że interesuje go „kobieta jako bogini i jako kurwa”. Przy czym jako artysta zanurzony w Kabale sam czuje się kobietą, chce być wszystkim i wszystkiego spróbować. Ma do tego prawo, a nawet warsztat. Metastazy, czyli przerzuty w chorobie nowotworowej, dotyczą „rozsiewu” artystycznej rozkoszy, pojętej w sensie Lacana, po linii duchowej i seksualnej. Wprawdzie David mówi o sobie i odpowiada za siebie, ale w Polsce jego cykl może być uznany za prowokację wymierzoną zarówno w katolików, jak i feministki. David interpretuje własne stany wewnętrzne ilustrując je obiektami znalezionymi. Do artystycznego raka David dodaje boga, ale takiego czeskiego, pisanego z małej litery. Boga, w którego sam nie wierzy, ale do którego się odwołuje przez zapamiętane z dzieciństwa spędzonego na morawskiej wsi portrety zakonnic. Typowy dla katolickich sióstr zakonnych habit staje się pretekstem do stworzenia surrealistycznego cyklu, w którego centrum znajdują się znalezione obiekty i gęsto rozprowadzona farba. Seria oparta jest na wyprodukowanych z użyciem komputera obrazów o zmiennej kolorystyce. To właściwie nie tyle portrety, co powidoki, nawet nie osób, tylko stanu ducha artysty. David domalowuje, dokleja i doczepia do przygotowanych zawczasu podobrazi skojarzenia, emocje, odczucia niczym bóg tworząc swoje artystyczne nowotwory. Co ciekawe, większość obrazów odnosi się ikonograficznie do kobiet i kobiecości. Dziewczęcy kucyk i złota plakieta kojarzą się z niewinnością. Z pornografią może łączyć się grubo nałożona czarna farba, układająca się w kształt warg sromowych lub - jak kto woli - mandorli. Wygląda na to, że również w najnowszym cyklu David dialoguje z obsesyjnie malującym kobiety Muchą i jak późny Drtikol poszukując matki zbliża się do nirwany. Boże, ktoś westchnie, jakie to smutne i przewidywalne, stary malarz chce wrócić do łona, z którego wyszedł lata świetlne temu. Tak, to typowe, ale jakie świetne, a do tego inspirujące prace z tego pragnienia powstają. Nie wszystkie obrazy są zabawne. Niektóre są niepokojące przez zawarty w nich ładunek agresji: metalowe ostrza wbite w miejsce twarzy, łuski po nabojach, obcięte niczym trofeum włosy. David specjalnie nie martwi się odbiorcą, a miażdżąca krytyka tylko go cieszy. Nigdy nie liczył się z poprawnością polityczną i zawsze, jak to stary, biały, uprzywilejowany mężczyzna, a do tego debiutujący w latach 1980. malarz ekspresjonista, po prostu poszukuje i wyraża siebie. Tak, Jiří David to odwrotność Ewy Juszkiewicz, Martyny Czech, ale też Agaty Słowak. Czeski artysta to zaprzeczenie młodego polskiego kobiecego malarstwa. Nie farba znaczy krew, tylko krew znaczy farba. Z drugiej strony może malarstwo starego mężczyzny, mogłoby być dialektycznym dopełnieniem gwiazd ostatnich kilku sezonów, na przykład Czech i Słowak?

Cykl Davida oparty jest na powtórzeniu. Wariacja na temat zakonnicy bez twarzy jest absurdalna, zabawna. Obrazy inspirowane są jednym z wierszy napisanym przez artystę. To rodzaj litanii, której kolejne wersy zaczynają się zawsze w ten sam sposób, od słowa „Kiedy”, po którym następuje psychodeliczny dalszy ciąg. Niektóre z linijek są poważne: „Kiedy wspomnienia są bez krematoriów”, „Kiedy samobójstwo znajduje się na liście obok mycia naczyń”, albo „Kiedy umysł ma oko cyklopa”. Inne filozoficzne: „Kiedy nie możesz się wycofać i nie możesz wygrać”, a inne mają zabarwienie erotyczne: „Kiedy w erekcji oczu tańczą cienie piękna”. Być może najwłaściwsze byłoby oglądanie Metastaz z kartką w dłoni. Kiedy stojąc przed obrazem i czytając w myślach lub po cichu kolejne linijki niczym modlitwę wczujemy się w Jiříego Davida, zbliżymy się też do czeskiej sztuki. W absurdalnych ołtarzach prywatnego kultu starego artysty zapewne nie znajdziemy boga, ale w Polsce mała litania do obrazu w intencji wstrzymania nieuchronnych metastaz jeszcze nikomu nie zaszkodziła. W Warszawie najlepiej modlić się po czesku.

Adam Mazur



Partner wystawy: Czeskie Centrum